Na czym polega psychoanaliza? co nam dała? i co dalej? Jaki sens życia?

Psychoanaliza obecnie jest podstawą terapii psychoanalitycznych, psychodynamicznych i wielu innych nurtów uwzględniających wgląd, ale czym właściwie ona jest? Czy da się jakoś prostym językiem wyjaśnić jej działanie i zasady.

Poniższa próba wyjaśnienia, jest moją własną próbą na podstawie własnych przekonań, jakie zastałem w obecnie istniejącej kulturze jak i w swoich doświadczeniach, opisanie psychoanalizy inaczej jest praktycznie niemożliwe, gdyż każdy z nas jest inny, wyjątkowy i to właśnie psychoanaliza uwzględnia i na tym się skupia. Mało tego nie skupia się tylko na tym że każdy jest inny, ale bierze też pod uwagę kontekst historyczny, biograficzny i społeczny powstawania tekstów/opisów/opinii. Na szczęście nie jestem psychoanalitykiem i nie muszę wielce się kryć ze swoimi poglądami, obecna poprawność ‚polityczna’ a w wypadku psychoanalityków także dbałość o zdrowie i jakość relacji z pacjentem raczej nie pozwala psychoanalitykom pisać o wielu rzeczach takich jak dusza człowieka itd. Tak więc poniższy opis, będzie trochę inny, bo mój indywidualny.

Czym jest Psychoanaliza?

Psychoanaliza przychodzi z pomocą wszędzie tam, gdzie gdzie dusza (psyche) jest zasypana różnymi ‚głazami’, ‚żwirem’ i innymi przeszkodami, które utkwiły w niej. Znalazły się w tym miejscu w procesie wychowania, jak i też w trakcie przebytych traum i innych doświadczeń. Utkwiły one w duszy i niejako nakazują obecnie funkcjonować w ten, a nie inny sposób. Zadaniem psychoanalizy jest wysprzątanie tych miejsc, tak aby stworzyć miejsce na zasadzenie szlachetnych zdrowych ‚roślin’. Można taką potrzebę człowieka do przeanalizowania się, porównać do pociągu który jedzie po wyznaczonym torze, aby mógł wjechać na inny tor musi być cofnięty do miejsca gdzie rozdwajały się tory.

Innym pokazującym kierunek myślenia psychoanalitycznego jest przyrównanie do zrywania łańcuchów. Funkcjonujemy niczym cyrkowy słoń, który dorastając w cyrku był przywiązany cienkim łańcuchem. Z biegiem lat w procesie wychowania, tak przyzwyczaił się, że nie ma możliwości zerwania łańcucha, że w momencie w którym jest już na tyle dorosły, by bez problemu zerwać łańcuch, nigdy nawet nie próbuje się uwolnić. Wolność słonia, jest wiązana przez pamięć, a nie przez możliwości. Psychoanalizę można w tym wypadku porównać do nauki świadomego kontrolowania nad wspomnianym łańcuchem.

Z pozycji praktycznej nie należy jednak oczekiwać, że w trakcie psychoanalizy będzie mowa tylko o dzieciństwie i sprawach przeszłych, może się nawet tak zdarzyć, że nie będzie to praktycznie wogóle wspomniane. Praca psychoanalityczna odbywa się przeważnie na teraźniejszości sprawach i wydarzeniach, mimo to łańcuchy są zrywane. Ten ogrom pracy ‚odgadnięcia’ i ‚nakierowania’ pacjenta na przypuszczalne wspomniane łańcuchy pozostaje po stronie budowanej relacji z analitykiem.

Ciężko mówić o psychoanalizie inaczej niż takimi i tym podobnymi porównaniami, gdyż sama w sobie jest procesem, wiedza o  tym procesie przeważnie niewiele daje. Czytając ewangelię, Jezus często mówił przypowieściami, historiami…. nie mogąc nic powiedzieć wprost, gdyż cokolwiek powiedziałby wprost, nie byłoby zrozumiane, w psychoanalizie jest podobnie. Nazwanie czegoś wprost, nawet opisanie samej psychoanalizy wprost nie oddaje tego, czym ona w zasadzie jest. Stwierdzenie że, psychoanaliza jest w zasadzie dla każdego zupełnie czym innym ma bardzo duży sens, każdy z nas ma inne ‚łańcuchy’ i inne ‚podatności’, każdy też inaczej zrozumie czym jest psychoanaliza, opisanie jej wprost ‚sterylnym językiem’ robi ogrom problemów. Praktycznie wszelakie nowe teorie psychoanalityczne, jeśli je wogóle teoriami można nazwać zawsze pochodzą z analizy przypadków, samo też powstanie tego pojęcia jest ściśle powiązane z  życiorysami i przeżyciami pierwszych analityków. Powstanie potrzeby psychoanalizy jest można rzec równoznaczne z chęcią zrozumienia i uwolnienia się od zaobserwowanej ‚nieświadomej siły’ (nieświadomości), która ma znaczny wpływ na nasze życie, bez zrozumienia tej potrzeby w swoim życiu ciężko pojąć o co wogóle chodzi.

Praca psychoanalityka to praca, w której staje się on niejako pomocnikiem pacjenta, klienta w tworzeniu dzieła artystycznego w postaci kreowania zdrowszego, szlachetniejszego i bardziej wolnego od wpływu nieświadomości stylu życia. Tylko żeby nie było to źle zrozumiane, trzeba jeszcze dodać że nie chodzi o uwolnienie się od wpływu nieświadomości, która mieści się w czymś co nazywamy duszą – takie podejście to byłby raczej błąd, o istnie ‚obłędnych’  skutkach (w jakiś celu ta nieświadomość istnieje?). Chodzi raczej o to by nieświadomość jako część naszej duszy stała się bardziej zintegrowaną ze świadomością częścią naszej duszy, po prostu by nasza dusza funkcjonowała w sposób bardziej zintegrowany ze świadomością.

Psychoanaliza nie naucza, daje wolność

Wyzwolenie człowieka z więzów, to nie wszystko czym jest psychoanaliza, jest to pewnego rodzaju pierwszym celem. Rezultatem do jakiego psychoanaliza dąży, jest wyzwolenie autonomicznej osobowości osoby analizowanej. Wydawać by się mogło, ze psychoanalityk może stać się zatem pewnego rodzaju mentorem, nauczycielem czy też coachem, jednak nic z tego. I choć jest to ogromną pokusą zarówno dla pacjenta jak i dla terapeuty i jest to praktycznie nie do uniknięcia,  nie jest to celem psychoanalizy. Analityk nie ma zadania prowadzić pacjenta żadną wyznaczoną ścieżką, nie jest też jego zadaniem wyznaczanie tej ścieżki. Analiza zmierza do tego by wydobyć z pacjenta samodzielność i odsunąć chęć ulegania kierownictwu analityka, jak i jakiegokolwiek innego autorytetu nie wybranego świadomie. A wszelakie praktycznie nieuniknione akcenty ulegania analitykowi, powinny być prędzej czy później ujawniane i objęte świadomym wyborem w całym procesie.

Można by, tu się zastanawiać czy podanie pacjentowi porady, ujawnienie się z własnymi poglądami, to błąd w sztuce analityka czy też pewnego rodzaju tymczasowe przyzwolenie.  Ciężko tu jednak cokolwiek oceniać, wystarczy się postawić w roli analityka będącego pod ogromną presją pacjenta, który wszelkimi świadomymi i nieświadomymi metodami prowokuje terapeutę do zdradzenia jakiejkolwiek myśli czy też porady nie umiejąc się odnaleźć inaczej w świecie. Nie da się też sprawdzić, bo nie ma na to dwóch identycznych przypadków, czy tymczasowe danie pacjentowi porady, zdradzenie swojej opinii jest lepsze czy też gorsze od całkowitego  ‚pustego’ lustra odbijającego tylko pacjenta. Jest to raczej indywidualny wybór metody pracy danego analityka. W każdym razie po to, by wykryć wszelkie zależności pacjenta, terapeuta ma ogrom narzędzi, takich jak analiza własna która pomaga w odkrywaniu siebie i swoich tendencji, superwizje które pomagają w wychodzeniu z sytuacji ‚utknięcia’ jak i wiedzę, czy też ogrom zapisanych studiów przypadków.

Nie istnieje zdaje się, druga taka relacja między dwojgiem ludzi, w której by się aż tak kładło na ten aspekt nacisk. Niekontrolowane, bezwolne zawiłości psychiczne (duchowe) od drugiego człowieka są w naszym życiu źródłem wielu problemów i cierpień, a przede wszystkim sytuacji, w których nie potrafimy sobie radzić świadomymi zachowaniami, świadomymi reakcjami. Sytuacji, w których nie rozumiemy swoich zachowań. Psychoanaliza dąży do tego by pacjent zdobył autonomiczną świadomość pozbawioną w miarę możliwości niekontrolowanych zawiłości psychicznych od innych osób.

Zadaniem psychoanalizy jest stworzenie bezpiecznych warunków, w których pacjent zdobywa umiejętność, kontrolowania i świadomego wybierania, decydowania. Dzieje się to poprzez gruntowne badanie praw na podstawie których u danej autonomicznej osoby wytwarzane są takie bezwolne wewnętrzne ‚łańcuchy więźnia’, nakazujące zachowywać się tak a nie inaczej.

Potrzeba na zrozumienie ‚nieświadomego’?

Na problemy psychiczne – ludzkość miała wiele sposobów, takim chyba najbardziej znanym i często stosowanym, jest zwykłe wychowanie. Wychowujemy się zarówno w rodzinie, jak i później społecznie, poprzez ustanawianie różnego rodzaju regulaminów i wzajemnych praw, pisanych i niepisanych norm obyczajowych. Odgórnie, nie zawsze rozumiejąc dlaczego podporządkowujemy się pod jakieś zastane normy. Wyznaczamy też sobie nagrody i kary współmierne z miarą podporządkowania.  Te metody wzajemnego wychowywania się wydają się być pozornie wartościowe, jednak doświadczenie ludzkości – historia mówi, że jest ono raczej tragiczne w skutkach i to w zasadzie niezależnie od kultury. Innymi słowy, im bardziej mówi się nam by czegoś nie robić tym bardziej mamy ochotę to zrobić, a jako że nie mamy fizycznej możliwości, doznajemy coraz większej dezintegracji między świadomością i nieświadomością. Nasza dusza z którą tracimy w ten sposób kontakt, coraz bardziej oddala się od tego co ciało reprezentuje, zaczyna coraz gorzej funkcjonować. Naruszenie równowagi między świadomym odczuwaniem, a tym co głęboko w duszy się rodzi, powoduje powstawanie coraz większej ilości nieświadomych zawiłości, mamy wtedy doczynienia z czymś co nazwaliśmy obecnie chorobą psychiczną, dawniej obłędem, opętaniem itd.

Wychowanie, regulaminy, prawa, wprowadzanie zasad w życie, jak i różne techniki psychologii np. behawioralnej próbują zmienić zachowanie zewnętrzne człowieka z nadzieją, że zmiana zewnętrznych zachowań zmieni też ‚środek’ człowieka, włącznie z całą psychiką – duszą. Niestety długoterminowa praktyka pokazuje, że tymi metodami doigrywamy się coraz większej dezintegracji osobowości, dusza coraz bardziej oddala się od funkcjonowania cielesnego świadomości. I mimo, że próbuje się w różnych badaniach wykazywać, że jednak zewnętrzne zmiany zachowań wpływają na strukturę mózgu, wydzielanie endorfin itd. To jednak ciężko doszukać się naprawdę długotrwałych i wewnętrznie spójnych rezultatów. Prędzej dochodzi się do słuszności teorii o tzw. fałszywym self, gdzie rzeczywiście można wytworzyć jakieś zewnętrzne oznaki np. zadowolenia, podczas gdy całe wnętrze człowieka jest np. w ciężkiej depresji.

Wracając do przyrównania życia człowieka do podróży po torach, zmiana poprzez wychowanie zewnętrzne, nakazy, behawioryzm to przeskoczenie na inny tor, przy jednoczesnym zachowaniu w nieświadomości pierwotnego toru. Tworzy się wtedy fałszywe self. Podczas gdy psychoanaliza to powrót do rozwidlenia i decyzja by iść innym torem, przy zachowaniu pełnej świadomość istnienia pierwszego torowiska. Jest to trochę utopijny obraz psychoanalizy, ale w każdym razie do tego się dąży.

Dobrze znanym i opisanym w naszej kulturze przykładem, fałszywego self byli. tzw. faryzeusze, którzy przestrzegali z całym rygorem wszystkich praw które miały im dać szczęście i błogosławieństwo na całe życie, co im się zapewne nie raz udawało, w każdym razie uznawali się za doskonałych. Sądząc jednak po ich zachowaniu i faktycznym myśleniu, szczęśliwi jednak nie byli, wyrazili to swoje fałszywe self zabijając obraz tego Boga, od którego wierzyli że te prawa otrzymali. Tworząc i wprowadzając jakieś zewnętrzne zasady mimo że zewnętrznie się zmieniamy, czasem idzie za tym jakieś wydzielanie się substancji chemicznych w organiźmie, czy też tworzenie nowych połączeń w mózgu, faktycznie jednak stajemy się po prostu coraz bardziej rozstrojeniu i niespójni, po prostu jednym słowem  funkcjonujemy wewnętrznie jako hipokryci, zarówno dusza wobec ciała, jak i ciało wobec duszy.

Można tu sobie wyobrazić, osobę medytującą, mega-spokojną której nagle ktoś wchodzi do pokoju i pyta o jakąś drobną sprawę, a ta osoba wybucha gniewem, ponieważ ktoś jej ‚przeszkodził’, w tej ogromnej próbie zachowania spokoju. Spokój był uzyskany w świadomości, i ta świadoma część rzeczywiście mogła mieć kontakt z duszą próbując jakoś ją ujarzmić, nieświadomości nie ma jednak jak oszukać i w chwilach niewygodnych czy też w chwilach ‚napięcia’ wychodzi na jaw (lub np. w przypadku słynnych freudowskich przejęzyczeń).

W procesie wychowania powstaje  z biegiem lat coraz większa niespójność między duszą a świadomością, tą niespójną część świadomości z którą nie mamy kontaktu, a jednak ma na nas wpływ nazywamy obecnie nieświadomością. Problemy natury psychicznej zaczynają się zwykle dosyć skromnie przykładowo raz za razem pamięć nam coraz gorzej funkcjonuje, czy też dostajemy nowych zaburzeń w funkcjonowaniu emocjonalnym czy też fizycznym. Nasza dusza – prawdziwa podstawa naszych odczuć, prawdziwa podstawa psychiki coraz bardziej zaczyna odbiegać od stanu świadomego, gdyż jest także kierowana przez przez naszą nieświadomość (w której coraz więcej gromadzimy sprzeczności).  Innym zaś razem, jeśli nie przez sposób wychowania niespójność może powstać dość gwałtownie, np. po jakiejś traumie którą jesteśmy zmuszeni zachować w tajemnicy i nie mamy jak jej ‚przepracować’, problemy psychiczne mogą się rozpocząć dosyć gwałtownie, dzieje się to zwykle gdy trzeba na zewnątrz zachowywać się wedle jakiejś normy społecznej, podczas gdy wewnątrz dusza cierpi katusze.

Od hipnozy do psychoanalizy

W tak funkcjonującym świecie, świecie w którym tradycyjne metody wychowawcze, metody organizowania się społeczeństwa zaczęły ukazywać się jako w dłuższej mierze wywołujące traumy, społeczeństwo stało się w tamtych czasach nadmiar neurotyczne (taką typową chorobą tamtych czasów stała się ‚histeria’ – polecam obejrzeć film o tym tytule), pojawiła się przestrzeń dziejowa na rozwój. Rozdział między duszą a ciałem, na przestrzeni wieków doszedł do jakiegoś kolejnego ‚epicentrum’, pojawiło się odkrycie w postaci hipnozy. Freud i inni zafascynowali byli hipnozą i jej możliwościami. Hipnoza i jej dziedzictwo to przede wszystkim wiedza o istnieniu rządzącej nami nieświadomości, jak i też możliwość świadomego ingerowania w tą odkrytą nieświadomość. Było robione wiele doświadczeń podczas których, zahipnotyzowani ludzie potrafili wykonywać ‚nakazane’ im w czasie indukcji hipnotycznej czynności, a jednocześnie zgodnie z treścią ‚hipnotycznego’ polecenia, nie pamiętali świadomie dlaczego tak, a nie inaczej się zachowują (wrzucili w nieświadomość) . Hipnoza mimo, że działała dawała jednak wiele ograniczeń, można rzec dawała rybę a nie wędkę, a poza tym była bardzo ograniczona w skuteczności. Pomaga ludziom do wybranego rodzaju problemów, wobec których terapeuta miał jakieś wypracowane metody, a ponadto uzależnia możliwość rozwiązywania przyszłych problemów pacjenta od terapeuty. Do dziś jest stosowana i tak jak inne formy terapii ma swoje zadanie do spełnienia.

Zdobycie świadomości, że naszym zachowaniem rządzą w dużej mierze nieświadome wątki, pozwoliła ukierunkować się na poszukiwanie ‚wroga’ (powodu chorób, zaburzeń, patologii itd.). Po pierwsze przestano się bać nieświadomości – no może tu zbyt wiele powiedziane, bo do dziś znalazłyby się kręgi, które nie chcą podążać w tym kierunku. Po drugie nabyto świadomość możliwości wpływania na nieświadomość. Pokazał się też na horyzoncie jakiś cel, którym jest zintegrowanie świadomości z nieświadomością z czym idzie jakiegoś rodzaju pełne funkcjonowanie autonomicznej osobowości. Nieświadomością okazują się być wszystkie rzeczy, które nasza świadomość i dusza ‚ukrywa’ przed naszym ciałem, choć żeby ten opis nie był ograniczający trzeba też na to spojrzeć z innej strony, nieświadomością są wszystkie te rzeczy w naszej świadomości i duszy do których nasze ciało i nasz umysł utraciły dostęp. Poziom tego ‚braku dostępności’ określa w pewien sposób rodzaj i ‚ciężkość’ zaburzenia psychicznego.

Można rzec od czasu zajęcia się przez Freuda na poważnie nieświadomością, wiemy, a co z tym idzie możemy naukowo i doświadczalnie opisać w którym miejscu istnieje powód naszych duchowych (psychicznych, a nieraz także cielesnych) boleści. Choć lepszym by tu było stwierdzenie, wiemy w którym miejscu doszukiwać się powodu naszych duchowych boleści, bo czy się doszukamy czy też nie, zależy od wielu czynników wymagających nakładów czasowych, empatycznych i roboczych. Wiedza gdzie szukać wroga, z informacją że jak się go znajdzie jest możliwe jego poznanie i w wielu wypadkach okiełznanie, stała się dla wielu terapeutów – analityków motywem przewodnim w życiu, dała też wielu pacjentom wolność od wspomnianych łańcuchów w wielu obszarach funkcjonowania.

Do jakiego zdrowia dążymy? Autonomiczna osobowość czyli jaka?

Hipnoza wymagała od terapeuty pewnego rodzaju autorytatywnego podejścia, od pacjenta zaś pewnego rodzaju podporządkowania się pod polecenia, w terapiach czerpiących z psychoanalizy wątek ten też istnieje w różnych stopniach. Im bardziej terapia jest przybliżona do czystej psychoanalizy tym bardziej ogranicza się to w zasadzie do samej technicznej właściwości pracy terapeutycznej tj. tzw. settingu, czyli terminów, płatności, miejscu spotkań, metod kontaktowania się z psychoanalitykiem itd. Na tym w zasadzie kończy się autorytatywność analityka, te techniczne właściwości pracy dają po prostu jakąkolwiek możliwość funkcjonowania terapeucie, który w pracy z pacjentami musi skonfrontować się z większością tego co pacjenci w psychice noszą. Czy te autorytatywne zasady są idealne tego nikt nie wie, są wypracowane wieloma doświadczeniami, a następnie opracowane w postaci dobrych wartościowych dla procesu praktyk.

To by było na tyle autorytatywnego podejścia… to by była czysta psychoanaliza, po prostu przeanalizowanie, poprawienie funkcjonowania człowieka z własną duszą. Nie jesteśmy jednak robotami i na szczęście podczas psychoanalizy dzieje się coś więcej….

Psychoanaliza choć jako taka nie występowała wcześniej, w praktyce jednak mechanizmy jej od dawna funkcjonują społecznie. Społeczną funkcję psychoanalizy jako celowego ‚leczenia’ ducha ludzkiego spełniały i spełniają między innymi podróżowanie, przypowieści, mity, legendy, wierzenia, religie, opowiadania, wiersze, filmy jak i też różne dzieła artystyczne, twórcze czy też naukowe itd.  Twórcy psychoanalizy bardzo często odwołują się do tego typu obszarów.

Wszystkie te i inne, można rzec przestrzenie, mogą dać świadomość w zasadzie trzech rzeczy: potrzeby bycia innym, potrzeby bycia akceptowanym i potrzeby miłości – bycia kochanym. Po pierwsze dają świadomość możliwości bycia innymi, czego logicznym ciągiem jest zdobycie poczucia  bycia akceptowanym będąc sobą (innym w stosunku do innych). Po drugie dają też w pewien sposób możliwość bycia uznanym, poprzez uznanie innych jako wartościowych – twórców i bohaterów, niejako przyzwalamy też sobie na możliwość bycia uznanym. Po trzecie, najważniejsze dają też poczucie bycia kochanym, co przejawia się w jakimś niewyrażonym przekazie, że życie – jakaś niewysłowiona siła życiowa jest przekazywane właśnie przez miłość – akceptowanie inności, odmienności czy też uznania i służenie im.

Tutaj znowu dam porównanie, tym razem do tego co się dzieje od jakiegoś czasu na szczeblu narodowościowo-politycznym. W europie od jakiegoś czasu  istnieje jakaś tendencja do zjednoczenia narodów – przepowiadał tą unię narodów już dawno temu choćby Napoleon. Chodzi o zjednoczenie narodów, a jednocześnie o zachowanie przy tym odmienności narodów, narody przestają mieć potrzebę wyrywania ‚sobie wzajemnie’ skrawków ziemi, a jednocześnie chcą wykształtować jakiś sposób funkcjonowania ze sobą w odmienności, wzajemnej akceptacji i uznaniu a jednocześnie poważaniu. Rzecz jasna dzieje się to w bólach mniejszych lub większych i łatwo nie jest praktycznie nikomu, wszyscy by chcieli to dla swojego narodu, ale nie łatwo jest dać to samo w zaufaniu innym narodom. Pojawia się masa historycznych uprzedzeń, ogrom braku zaufania, ogrom podejrzeń, ogrom prywatnych dążeń i wiele innych ‚animozji’, czy też spełniających się lub niespełniających przepowiedni.

Podobnie dzieje się na poziomie jednostek, pojedynczych ludzi, ludzie dążą do tego by być uznanym, zrozumianym, zaakceptowanym i kochanym, jak i do tego by móc dawać to samo innym dalej, to wszystko ujawnia się w twórczości, artyźmie, nauce, wierze itd. Psychoanaliza przychodzi z pomocą w zrozumieniu i okiełznaniu ogromu własnych uprzedzeń, zachowań emocji, blokad itd. zniekształcających rzeczywisty obraz sytuacji. Wszystkie te zniekształcenia niejako zabraniają, blokują nas przed tym byśmy mogli czerpać to czego potrzebujemy od świata, a więc poczucie bycia zrozumianym, uznanym i kochanym. Daje po prostu bardziej realne i świadome okiełznanie zaistniałych w życiu sytuacji, bardziej świadome rozwiązywanie problematycznych  w relacjach sytuacji. I co chyba najważniejsze, czym się wyróżnia, to tym że działa od razu indywidualna (czasem grupowa jeśli istnieje jakiś grupowy problem), w każdym razie działa w tym miejscu w którym jest potrzeba.

Wgląd (np. psychoanaliza) i co dalej?

Człowiek na przestrzeni dziejów dąży do jakiegoś rodzaju wglądu w to co tak naprawdę się w tu dzieje, dlaczego mimo że świadomie chcemy coś na świecie poprawić coś zawsze się psuje? To dążenie odzwierciedla się w zasadzie na każdym aspekcie naszego rozwoju, proces zachodzący podczas psychoanalizy, czyli niejako odzyskanie lub też uzyskanie jakiejś kontroli nad nieświadomą częścią naszej duszy, prędzej czy później stanie się świadomym dążeniem ludzkości. Nadejdzie czas gdy nie będzie to już tylko wyrażane poprzez twórczość i wcześniej wymienione obszary, ale także po prostu świadomie. Nie trzeba być jasnowidzem by to stwierdzić, wystarczy przeanalizować dążenia dziejowe i chwile logicznie pomyśleć.

Psychoanalitycy, w każdym razie jako grupa społeczna, która sama przeszła własną psychoanalizę, cieszą się przeważnie statystycznie lepszym zdrowiem, dłuższym życiem, zachowaniem zdolności do pracy praktycznie do ostatnich dni życia itd. Generalnie widać że coś w tym jest… problem jedynie pozostaje jeden, pewnego rodzaju dylemat. Czy samo odzyskanie kontroli nad obszarem nieświadomym to wszystko na co nas stać? To wszystko do czego zostaliśmy stworzeni?

Nawet jeśli odzyskamy kontrole nad duszą, nie będzie już części nieświadomej, która wpędza nas w bolączki nie będzie chorób psychicznych (i wielu innych dolegliwości wywołanych psychiką – patrz np.  koncepcja chorób psychosomatycznych) to niestety nadal mamy problem. Freud pierwotnie założył, że człowiekiem rządzi jakaś siła życiowa, która dąży do życia, a nieświadomość jako wyraz różnego rodzaju lęków tej sile przeszkadza (Freud akurat skupił się na lękach seksualnych, ale inni po nim rozszerzyli te koncepcje o inne lęki), koncepcję tą jednak zmienił widząc to co zadziało się podczas pierwszej wojny światowej. Gdyby był świadkiem tego co zadziało się podczas drugiej wojny – obozy koncentracyjne, bomby atomowe zabijające dziesiątki tysięcy osób w sekundę itd. zapewne musiałby jeszcze się wiele razy zastanowić nad czy to pierwotne idealistyczne libido – siła życiowa naprawdę istnieje, a jeśli istnieje to ile jej jest i skąd się bierze…

Idealistyczna wizja libidinalnego świata można rzec trochę straciła sens wobec zaobserwowanych okrucieństw, potrzeba znalezienia mimo wszystko jakiegoś rodzaju  zdrowia psychicznego w zaistniałych okolicznościach nadal istniała. Zintegrowanie świadomego z nieświadomym mimo, że wydaje się być prędzej czy później warunkiem koniecznym to nie jest jednak wystarczającym by zachować jakieś społeczne współżycie, wobec zaobserwowanej siły destrukcyjnej.  Jedną z odpowiedzi na powstałe dylematy jest logoterapia wykształcona przez Viktora Frankla, który znalazł sposób na zachowanie libidinalnego sensu życia mimo pobytu w obozie koncentracyjnym. Pewnego rodzaju siła życiowa, trzymająca go przy zdrowiu, to był wybór, wybór który pozwolił mu utrzymać zdrowie psychiczne i sens życia (siły życiowe) mimo okoliczności. Można to co zaobserwował i czym żył zacytować poniższym fragmentem, wyciągniętym z jego prac:

„Przywilejem  człowieka jest czuć się winnym, a jego odpowiedzialnością tę winę pokonać (…) robiąc z niego ofiarę okoliczności i uwarunkowań, nie tylko przestajemy go traktować jako istotę ludzką, ale też osłabiamy w nim wolę przemiany (…) człowiek jest odpowiedzialny za to, co robi, kogo kocha i jak cierpi. Realizując konkretną wartość i wypełniając konkretny sens, robi to w sposób nieodwołalny”.

Pytanie o szczęście i sens życia?

Franklowski model sensu życia, założył niejako cofnięcie się w rozwoju od utopijnego zdrowia wglądowego (pełnego współdziałania świadomości z nieświadomym), założył wyindukowane wszechpojęte poczucie się winnym, z którym mamy sobie poradzić. Innymi słowy, założył że dla zachowania społeczeństwa i siebie w nim w jakimś ogólnopojętym zdrowiu mamy zachować w sobie odrobinę nieświadomego „czegoś” (np. poczucia winy) na którym oprzemy funkcjonowanie naszej świadomości. Tak po chrześcijańsku mówi się o czymś takim ‚sumienie’. Myśląc w odwrotnym kierunku, wychodzi tu niejako na jaw, że wspomniany franklowski sens życia, chroni nas jako ludzkość przed totalną destrukcją, i patrząc ewolucyjnie powstał jako jakiegoś rodzaju mechanizm chroniący nas przed totalną destrukcją.

Model osoby szczęśliwej i funkcjonującej w społeczeństwie jaki może zaoferować praca psychologów uwzględniąjących wgląd to model zatem szczęścia, czyli świadomego funkcjonowania z odrobiną melancholii zachowanej w nieświadomości, która nada jakiś sens. Każdy sobie rzecz jasna obiera sens wedle własnego ‚widzi mi się’, jeden zostaje przedstawicielem jakiejś religii, odnajduje sens w rodzinie, nauce, twórczości,  jeszcze inny zaczyna działać charytatywnie, czy też po prostu znajduje sens w byciu wiernym psychoanalizie i pielęgnowaniu jej tradycji. W każdym razie dla zachowania jakiegoś społecznego ładu, musimy z ‚jakiegoś względu’ (o nim za chwilę) zachować w sobie fragment nieświadomości, na którym oprzemy sens życia.

Po przebytych doświadczeniach wojen światowych, wykorzystaniu broni atomowej, przebytych doświadczeniach świadomego wyniszczania nie obcych, ale tym razem własnych narodów (czasy Mao, Stalina, Pol Pota itd.), wiele rzeczy się zmieniło i w wielu się zagubiliśmy. Wizja świata, który miał być zdrowy jest przerażająca. Świat w którym dojdziemy do idealnego zintegrowania świadomości z duszą bez zachowania tej odrobiny sumienia (nieświadomego choćby minimalnego poczucia winy, czy też czegokolwiek co nada nam sens w życiu), mógłbym porównać do świata, który odkrył rozszczepienie atomu. Zanim atom został rozszczepiony bardzo znany ówczesny polski jasnowidz (Ossowiecki) przewidywał, że jak do tego dojdzie, będziemy się w końcu musieli zwrócić do Boga Jedynego, i przyznać że świat trochę inaczej jednak wygląda, jasnowidz ten jak widać bardzo jasno widział przyszłość…  Do osiągnięcia pełni zdrowia, pełni zintegrowania świadomości z duszą, brakuje nam tu jeszcze jakiegoś elementu do tego by społeczność mogła funkcjonować.

Czego brakuje?

Tutaj powstają kolejne pytania i dylematy tym razem już bardziej z zagadnień etycznych, czy też z zagadnień wiary..

  • Jak i po co na przestrzeni rozwoju człowieka powstał mechanizm chorób psychicznych?
  • Czy choroba psychiczna (umieszczenie czegoś w nieświadomości) nie jest przypadkiem próbą ratunku świata i innych przed własną destrukcją?
  • Czy pokonując innych niszczymy siebie? Po co w naszych ciałach zaistniał mechanizm projekcji?
  • Czy istnieje inny oprócz franklowskiego sposób na zdrowe funkcjonowanie z zachowaniem społeczeństwa? – Model Viktora Frankla powstał ze stycznością, z totalną destrukcją.

Generalnie nauka i rozważania dochodzą do jednego, a w zasadzie jedynego możliwego wniosku, coprawda jest to moje subiektywne rozumowanie, zapewne możesz mieć inne, ja mam jednak takie:

  1. Choroby, w zasadzie jakiekolwiek zaczynają się w psychice, w jakiejś rozbieżności między nieświadomością a świadomością (ogół wniosków psychoanalitycznych).
  2. Jakimś ‚cudem’ (tutaj można sięgnąć do teorii Junga, czy też polaka Juliana Ochorowicza (książka zjawiska Mediumiczne – w której sugeruje jakąś siłę ideomotoryczną psychiki)) nasza psychika wpływa na otaczający nas świat, włączając w to świat ożywiony.  Nawet jeśli nie jest to wpływ psychiki, napewno jest to wpływ cywilizacyjny (patrz np. zaniesienie chorób cywilizacyjnych do odkrywanej ameryki, czemu one tam się nie rozwinęły? a u nas się rozwinęły?).
  3. Dążymy (czy to psychoanalizą, czy to sztuką, twórczością, rozwijającą się religią itd) do pozbycia się ‚nieświadomości’. Do jakiegoś pełnego zintegrowania tego co nazywamy nieświadomością ze świadomością. Pytanie jakim cudem proces ewolucji wytworzył nieświadomość, i czy napewno był to proces ewolucji?
  4. Dążenie powyższe nie rozwiązuje problemu istnienia zła na świecie. Zakładając utopijne warunki pozbycia się w pełni nieświadomości, cały czas mamy problem, zastaniemy świat bez chorób, a jednak z czymś co można nazwać czystym złem.
  5. Gdyby założyć każdemu z nas ‚czystą kartę’, czyli zakładając że rodzimy się i nasi rodzice idealnie nas kochają, świat nas idealnie kocha, nie będziemy wtedy mieli żadnej potrzeby umieszczania czegokolwiek w nieświadomości, poza jedną drobną, ostatnią nierozwiązaną rzeczą, umieramy. Rodzimy się po to by umrzeć, z taką nieświadomą, lub też świadomą myślą każdy z nas przychodzi na świat i dopóki ten problem, problem umierania nie zostanie rozwiązany, nie mamy jak liczyć na to byśmy w końcu mogli żyć spokojnie na tym świecie.
  6. Problem umierania jest obecnie ‚na nowo odkrywany’, w nowoczesnej kulturze pojawia się wręcz coś co można nazwać ‚sztuką umierania’, co światlejsi widzą i czują że to główny  i pierwotny problem naszych bolączek. Różnie sobie z tym problemem radziła ludzkość, wybierając śmierć w jakimś celu np. bohaterską czy też przeżywanie w genach, na papierze. Psychoanalitycy z tego co się orientuje w dużej mierze wybierają świadome zgodzenie się ze śmiercią, co daje im jakieś poczucie odnalezienia sensu życia (franklowskiego logos).
  7. Zakończę to rozważanie cytatem, jedynej znanej mi postaci która powątpiewa w to że musimy umierać: „Kto we Mnie wierzy, to choćby umarł, żyć będzie’.

Mój wniosek

Jak dla mnie z obecnej wiedzy psychologicznej jasno wynika, że prawdziwe zdrowie psychiczne (pozbycie się wpływu nieświadomości na naszą świadomość i duszę)  jest możliwe tylko wtedy, gdy mamy świadomość życia wiecznego. Różnie sobie z tym ludzie radzą na przestrzeni wieków, można rzec sublimują tą potrzebę zastępnikami jedni przeżywają w twórczości, nauce, inni chcą przeżyć w genach (ewolucyjnie), jeszcze inni w majątkach, sławie, wcieleniach, ideach itd. Wszystkie jednak te metody, prędzej czy później się na przestrzeni dziejowej wyczerpują, nie dają już tyle satysfakcji. Dojdziemy w końcu do potrzeby sięgnięcia po prawdziwe życie wieczne, które mamy obiecane tu na ziemii. Ile to potrwa nie wiem, ja swoje znalazłem w dobrej Nowinie Jezusa Chrystusa (nie w rytuałach religijnych, ale w uznaniu jego Panowania, i wybawienia mnie od ‚piętna’ umierania). I nawet jeśli jest to tylko pewnego rodzaju ‚franklowskie logos’, to jakoś dziwnie czuje że to ‚logos’ daje jakieś światełko w duszy, światełko które daje wewnętrzną pewność życia wiecznego, a przez to wpływa zarówno na moją dusze, a tym samym na świadomość i nieświadomość.

Tomek Urban

Share This Post On

Submit a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Pin It on Pinterest

Share This